Hanna Paluszkiewicz: "Sezamki" to całe moje życie....
Hanna Paluszkiewicz to nauczycielka wychowania fizycznego, której muzyka zagrała w sercu do tego stopnia, że całe swoje życie poświęciła prowadzonemu przez ponad 50 lat zespołowi tanecznemu "Sezamki". Uczyła tańca i gimnastyki artystycznej dwa pokolenia młodych tancerek, z którymi zdobywała liczne nagrody w konkursach i przeglądach, zachwycając choreografiami tworzonymi do różnorodnych utworów i na wszelkie możliwe okazje. Dziś z dumą prezentuje pamiątki, które ocala przed zapomnieniem, przypominając wyjątkowy czas spędzony z utalentowanymi dziećmi. Zapraszamy do przeczytania wywiadu pełnego wspomnień, wzruszeń, refleksji i nostalgii, ale też nadziei na to, że pamięć o ukochanych "Sezamkach" wciąż będzie żywa i przetrwa w sercach kolejnych pokoleń.
Kilka najważniejszych faktów z życia 78-letniej nauczycielki wychowania fizycznego i instruktorki tańca można przeczytać w krótkiej biografii umieszczonej na kartach publikacji „Międzyrzec w życiorysy wpisany” autorstwa Ryszarda Kornackiego:
Hanna Ewa Paluszkiewicz – długoletni nauczyciel wychowania fizycznego, instruktor tańca, działacz społeczny, animator kultury.
Urodziła się w 1948 r. w Międzyrzecu Podlaskim jako córka Witolda i Aleksandry z Lewandowskich. Ukończyła Szkołę Podstawową w Międzyrzecu, a następnie uczyła się w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym. W 1966 r. otrzymała maturę i rozpoczęła naukę w Studium Nauczycielskim na kierunku wychowanie fizyczne w Gdańsku-Oliwie. W 1968 r. rozpoczęła pracę jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 2 w Międzyrzecu Podlaskim. Poza lekcjami przygotowywała uczniów do rywalizacji sportowej w rozgrywkach międzyszkolnych m. in. w piłce siatkowej, piłce koszykowej, piłce ręcznej, w lekkiej atletyce, w tenisie stołowym oraz gimnastyce sportowej osiągając wiele sukcesów na szczeblu miasta, powiatu i województwa. W 1979 r. skończyła studia na AWF Warszawa – filia Biała Podlaska.
Od 1985 r. posiada pierwszą kategorię instruktora tańca. W 1970 r. założyła zespół taneczny i grupę gimnastyki artystycznej, które odnosiły wiele sukcesów w Międzyrzecu Podlaskim, Radzyniu Podlaskim i Białej Podlaskiej, biorąc udział w wielu konkursach i przeglądach. Współpracowała z chórem szkolnym i zespołem teatralnym w Szkole Podstawowej Nr 2 w czasie wielu imprez. Od 1980 r. prowadziła w Miejskim Ośrodku Kultury w Międzyrzecu Podlaskim zespół taneczny „Sezamki”, który reprezentował miasto na przeglądach tanecznych w Koninie (1984 r.), Kielcach (1986 r.), Przemyślu (1987 r.) i Solinie (1988 r.). Gościnnie występował w Baranowiczach (Białoruś 1988, 1989 r.) w Kozienicach (1990 r.) i w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie (1993 r.). Wielokrotnie zajmował czołowe miejsca na powiatowych i wojewódzkich turniejach tańca współczesnego. Za pracę zawodową i społeczną otrzymała dwukrotnie nagrodę Ministra Oświaty i Wychowania (1978, 1984 r.). Nagrodą Kuratora Oświaty w 1980 r. był wyjazd na Olimpiadę Letnią „Moskwa ’80”.
Posiada również odznaczenia: Zasłużony Działacz Kultury, medale za Zasługi dla Województwa Bialskopodlaskiego i Za zasługi w Sporcie Szkolnym. Otrzymała też Srebrny Krzyż Zasługi, a w 2000 r. odznakę „Zasłużony dla Miasta Międzyrzeca Podlaskiego”. Za wieloletnią działalność społeczno-oświatową i pracę z zespołami tanecznymi została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi (2003). Hanna Paluszkiewicz w swojej działalności godnie reprezentowała Międzyrzec Podlaski w kraju i za granicą. Na stałe wpisała się do historii regionu pracą na rzecz rozwoju i upowszechniania kultury. W 2009 r. samorząd Miasta Międzyrzec Podlaski doceniając wybitne osiągnięcia pani Hanny Paluszkiewicz w dziedzinie tańca artystycznego przyznał jej nagrodę za wybitne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej i upowszechniania kultury „Międzyrzecka Muza”.
W 2026 r. Rada Miasta Międzyrzec Podlaski przyznała jej tytuł "Honorowego Obywatela Miasta Międzyrzec Podlaski".
***
Krótko, treściwie, bez emocji... Bez zdjęć, bo niemal zawsze stała za kulisami, śledząc taneczne popisy swoich podopiecznych, przeżywając ich sukcesy, czasem małe porażki, trzymając kciuki i planując kolejne występy, w głowie systematyzując kolejne kroki i choreografie...
50 lat, które minęły jak jeden dzień. Tymczasem każdy z tych dni niósł ogromne pokłady emocji, radości, smutki, oczekiwania. Nieprzespane noce spędzone nad maszyną do szycia rekompensowały kolejne sukcesy małych tancerek, ich dziecięca energia i radość, a wreszcie słowa, które czytamy w kronice, nakreślone ręką kilkuletniej Julii: "Pani Hanna Paluszkiewicz - najlepszy instruktor świata".
***
Panią Hannę Paluszkiewicz spotykamy 10 kwietnia 2026 r. w "garderobie" prowadzonego przez nią do 2024 r. zespołu - tak określa maleńkie pomieszczenie znajdujące się w piwnicy Urzędu Miasta Międzyrzec Podlaski, gdzie przechowuje wszystkie pamiątki po "Sezamkach".
Z delikatnym uśmiechem i wzruszeniem dotyka zdjęć rozwieszonych na ściennych gazetkach, otwiera starodawne szafy pełne strojów i rekwizytów, drżącą ręką przekłada kolejne stronice kronik dokumentujących całą pięćdziesięcioletnią historię zespołu. W zamyśleniu przygląda się nigdy nie wykorzystanym materiałom przygotowanym na jubileusz 50-lecia istnienia zespołu - wybranym zdjęciom, ulotkom, płytom z nagraniami, kubeczkowi z nadrukiem tańczących dzieci.
- "Sezamki" to całe moje życie - mówi. - Zespołu nie ma dwa lata, a ja przez ten czas nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Twierdzi, że nie potrafi opowiadać, bo potrafi tylko działać, jednak zgodziła się na spotkanie z redakcją Międzyrzec Info, by wspólnie powspominać lata spędzone jako instruktor tańca oraz nauczyciel wychowania fizycznego, co, jak się okazuje, pokierowało jej życiem zupełnie przypadkowo, bo jako młoda dziewczyna nigdy nie widziała się w takiej roli...
Wróćmy wspomnieniem do początków. O czym marzyła mała kilkuletnia Hania? Kim chciała zostać? Sportowcem, artystką? Czy oczami wyobraźni widziała Pani siebie na artystycznej scenie?
Mama śpiewała w jakimś wielkim chórze, tata trochę grał na akordeonie, ale ja w dzieciństwie o niczym takim nie myślałam. Dopiero gdy byłam w szkole podstawowej zobaczyłam gdzieś, nie wiem, może w telewizji, że robi się coś takiego jak szpagaty i zaczęłyśmy z koleżankami ćwiczyć. Nawet raz poszłyśmy z koleżanką na stadion, gdy była tam jakaś uroczystość, i jak dwie artystki z jednej klasy robiłyśmy przerzuty na boisku do piłki nożnej, od bramki do bramki, rywalizując o to, która zrobi więcej, ładniej i szybciej! I ta gimnastyka tak we mnie została. A to, że zajęłam się WF-em i tańcem, to był zupełny przypadek. Owszem, lubiłam to, słuchałam o tym, ale na studia wybierałam się do Poznania na geografię, bo ją bardzo lubiłam.
A jednak po maturze rozpoczęła Pani naukę w Studium Nauczycielskim na kierunku wychowanie fizyczne w Gdańsku-Oliwie. Jak do tego doszło i skąd wybór tak odległego miasta?
Chłopcy z klasy przyszli do mnie i powiedzieli: „Gdzie ty idziesz?! A w życiu!” Bo czterech kolegów szło do SN do Gdańska-Oliwy i powiedzieli: „My ciebie tam zabieramy. Masz wyniki, jesteś najlepsza w szkole”. No i zaciągnęli mnie do tego Gdańska. I dzięki im za to! Dwoje nas skończyło, ja i nieżyjący już Zbysio. I tak to wszystko się zaczęło. Trenowałam gimnastykę przyrządową, pływałam, startowałam w zawodach. Mam nawet taki wielki dyplom, który oddałam na miejską pływalnię w Międzyrzecu – chyba w 1968 r. zdobyłam Mistrzostwo Wybrzeża w pływaniu grzbietowym w zawodach studenckich. Ale na dyplomie napisali „Anna Paluszkiewicz” zamiast „Hanna”, bo wtedy to imię nie było popularne. Ten dyplom zaniosłam na basen, żeby społeczeństwo zobaczyło, że my w 1968 r. już pływaliśmy! A gdzie uczyliśmy się pływać? W rzece Krznie, bo wszystkie dzieci siedziały w wakacje na łące, więc sami uczyliśmy się wtedy pływać. Zaliczyłam więc w Studium Nauczycielskim pływanie, choć dziwili się, że jestem z tak małego miasta, a umiem pływać. A przecież jak ktoś coś lubi, to to robi.
Gdańsk-Oliwa, odległy zakątek Polski, zupełnie inne środowisko, sukcesy sportowe – skąd zatem decyzja o powrocie do Międzyrzeca Podlaskiego?
Ja tam pojechałam z myślą o tym, że wrócę. Nawet kazałam rodzinie dowiedzieć się, czy nie brakuje nauczycieli w szkole. A jak dziewczyna, która prowadziła WF w szkole nr 2, dowiedziała się, że ja tam kończę szkołę, to skakała do góry z radości. Bo to była polonistka, a że nie było jeszcze nauczycieli WF-u, to jej dali go prowadzić. Gdy przyszłam uczyć, to ona mnie tak ściskała!
Rok 1968, zaczęła Pani pracę w Szkole Podstawowej nr 2 w Międzyrzecu Podlaskim jako bardzo młody nauczyciel. Koszykówka, siatkówka, tenis, gimnastyka – która dyscyplina sportu była Pani najbardziej bliska?
Gimnastyka, cały czas, miałam nawet w „dwójce” sekcję gimnastyczną. W Białej Podlaskiej organizowane były przez dwa lata zawody międzyszkolne, jeździłyśmy, wygrywałyśmy, a trzeciego roku przygotowałam zespół i okazało się, że nie będzie zawodów. Międzyrzec wygrywał to zlikwidowali. ( pani Hania śmieje się wesoło na to wspomnienie ) Przerzuciłam się na siatkówkę i inne dyscypliny.
W jaki sposób pojawił się zatem taniec?
Też przez przypadek! Zawsze uwielbiałam taniec i czułam w sobie muzykę, nawet w kościele stałam i się kiwałam na boki, aż ktoś mnie stukał w plecy: „Co ty robisz dziewczyno? Nie można!” Pojawiły się akademie, jedna, druga, obserwowałam tańce i coś mi się w nich nie podobało, zapytałam więc osobę, która prowadziła taniec, czy mogę poprowadzić drugą grupę, a ona się ucieszyła, że z niej to zdejmę. Na lekcjach gimnastyki zawsze robiłam rozgrzewkę z muzyką i widziałam, które dziewczyny słyszą muzykę, więc było mi łatwiej. Dałam ogłoszenie, dziewczyny zaczęły się tłumnie zgłaszać i tak to się zaczęło.
Jak wyglądały początki tego zespołu w 1970 roku?
Do zespołu początkowo należały starsze dziewczyny. Nie miałyśmy nazwy, po prostu zespół ze Szkoły Podstawowej nr 2. Pierwszy taniec, drugi, ale przecież nie mamy strojów! Dziewczyny wymyśliły, że zrobimy spódnice z bibuły karbowanej, zawiązane na sznurkach, do tego jakieś bluzeczki i tak tańczyłyśmy. Na początku to był zwykły taniec, również ludowy. Potem te ręce ( pani Hania wskazuje na własne dłonie ) uszyły pierwsze stroje. Osiem spódnic, najgorzej było naszywać kolorowe tasiemki, do tego halki, bo serdaki były już w szkole. Zaczęło się tak naprawdę od widowiska „Dyngus”, które organizowali państwo Kornaccy, to oni wciągnęli mój zespół taneczny i wtedy to szybko ruszyło. Przy ich pomocy to wszystko się zaczęło. Nie miałyśmy tylko w czym tańczyć, dopiero potem uszyłam kolejne stroje. A jak tańczyła starsza grupa, to i młodsze dziewczynki chciały, powstały więc dwie osobne grupy.
Próbowała Pani też swoich sił w tańcu, czy zawsze tylko rola za kulisami?
O nie, nigdy, choć coś mi się przypomina, że w szkole podstawowej coś tańczyłam, ale to tylko słabe wspomnienie.
Jak na pomysł powstania zespołu reagowali sami rodzice? Chętnie zapisywali swoje dzieci?
Bardzo chętnie! I pomagali, pamiętam, że nawet uszyli jakieś spódniczki.
Nauczyciel WF-u, instruktor zespołu, krawcowa, choreograf… Skąd czerpała Pani na to siły i jak znajdowała czas?
Ja nie miałam czasu! Mieszkałam z rodzicami dopóki żyli, stołowałam się w szkole, po lekcjach prowadziłam SKS-y, bo przecież musiałam robić program WF-iarzy i szykować dzieci na wszystkie zawody, a później zaczynało się kółko taneczne. Do domu przychodziłam tylko spać.
Całe życie zawodowe związane ze sportem poświęciła Pani Szkole Podstawowej nr 2. Jak zakończył się ten etap?
Po 30 latach pracy przeszłam na emeryturę. Byłam tak zmęczona, że już nie dałam rady dłużej. Było nas pięcioro, a sala gimnastyczna jedna, pozostali prowadzili lekcje na korytarzach, nie było łatwo. Ale kiedy w ostatnim roku we wrześniu zgłosiłam dyrektorowi, że chcę iść na emeryturę, to nie wierzył. Co miesiąc pytał, czy na pewno. I poszłam na emeryturę, ale po pół roku żartowałam do dyrektora, że już odpoczęłam, że może mnie zatrudnić!
Ale koniec sportu, to nie koniec tańca. Ten kwitł, zmienił lokalizację i zyskał nazwę.
Najpierw był zespół szkolny, który występował tylko na miejscu, albo w Białej Podlaskiej, ale później w 1980 r. przeszłam z nim do Miejskiego Ośrodka Kultury. Dyrektorem był wtedy pan Ryszard Kornacki i on dotąd za mną chodził, aż wyraziłam zgodę na to, bo w szkole było ciężko, nie miałyśmy gdzie ćwiczyć, nie było strojów. Tu wszystko się znalazło, i miejsce, i stroje.
W którym momencie pojawiła się nazwa „Sezamki” i kto był jej pomysłodawcą?
W 1984 r. na 40-leciu MO i SB w Białej Podlaskiej dzieci tańczyły, ja siedziałam na widowni i ustawiałam muzykę, a wtedy usłyszałam przychylne rozmowy panów i powiedziałam: „No tak, taki zespół mamy, widzicie panowie, a nie mamy za co pojechać na naukę i przegląd do Kielc! Nie mamy pieniędzy, bo nikt nie chce nam dać.” Po występie okazało się, że dostałam pieniądze na Kielce, na przejazd i pobyt. To był 1986 r., wtedy był wyjazd do Kielc, a w regulaminie Festiwalu Młodzieży Szkolnej był zapis, że zespół musi mieć nazwę. Powiedziałam dziewczynom, że mają wymyśleć nazwę. Były biedronki, kaczuszki, różne inne nazwy, aż któraś w końcu krzyknęła: „Może Sezamki?!” Bardzo dobrze, świetnie, sezamki są bardzo smaczne i tak „połknęły" tę nazwę.
Konin, Kielce, Przemyśl, Solina – tam nagroda publiczności w Ogólnopolskim Przeglądzie Wojskowych Zespołów Artystycznych, potem nawet dwukrotnie Baranowicze na Białorusi. Sukcesy… Czy było łatwiej o stroje i rekwizyty?
Trochę, ale nie bardzo. Uszyto serdaki, ale już koraliki sama przyszywałam, siedząc przy umierającej siostrze. Część strojów uszyły krawcowe, ale nadal większość to moja robota. Niewiele zmieniło się też w kwestiach finansowych, kupowałam materiały, siadałam przy mojej singerowskiej maszynie i szyłam. Często na konkursach wygrywałyśmy pieniądze, były do użytku zespołu, jak mówili mi organizatorzy. Kupowałam materiały, szyłam spódnice, a tych było pełno! Wszędzie tańczyłyśmy, bez przerwy nas zapraszano, a wszystkie nasze wyjazdy były piękne, jeździłyśmy po różnych szkołach, tańczyłyśmy na różnych wydarzeniach, jubileuszach – w Solinie jako nagrodę publiczności wygrałyśmy dwa torty. Dziewczyny tańczyły, fikały, uczyły się szpagatów, a jak nie wychodziły, to ja je motywowałam czekoladami. Która nauczyła się szpagatu, to upominała się o czekoladę.
Jak na przestrzeni lat zmieniał się zespół? Jaką miał największą liczebność?
Zaczynałam z ośmioma czy dziesięcioma dziewczynkami, po przejściu do MOK-u było już do 30 osób w dwóch grupach. Najmłodsze dziecko miało 3 latka, to była Karolinka Łobacz spod Radzynia, o której ostatnio przeczytałam w gazecie, że jest w programie telewizyjnym „Mam Talent”. Ona na początku tańczyła sobie z boku, bo w grupie była jej starsza siostra, aż do momentu, kiedy nauczyła się tańczyć! Później mama zapisała ją na zajęcia w Radzyniu, a teraz ma takie osiągnięcie. Takie mam miłe wspomnienie. Wcześniej moje „Sezamki” tańczyły aż do ósmej klasy, niektóre jeszcze w liceum przychodziły, ale już krótko. Przyjmowałam dzieci od pierwszej klasy szkoły podstawowej i prowadziłam dwie grupy, młodszą i starszą. Wytrzymywały zazwyczaj do szóstej klasy, bo później zapisywały się na przykład na siatkówkę do „Trójki”, były bardzo sprawne. Ale miałam też dziewczynkę chorą, którą mama przywoziła po to, by mogła się czymś zająć, żeby się ruszała. Zawsze groziło jej, że może zemdleć, więc jej mama musiała być obecna. Ale przez dwa czy trzy lata nawet lekarze nie mogli uwierzyć, że ta dziewczynka jest w tak dobrym stanie, kiedy zatańczyła w zespole, to jej dużo dawało i nigdy nie zemdlała!
Ma Pani z nimi dziś kontakt? Czy pani „Sezamki” nadal tańczą?
Czasem zaczepią mnie na ulicy, przytulą się do mnie, w kronice zostawiły takie ładne wpisy. Jedna z nich, Bernadetta Filimon, prowadzi taniec w domu kultury, Alicja Kijaczko pięknie tańczy w szkole tańca Mileny Rzewuskiej, Paula Marciniuk tańczy w Warszawie, Marta Tchórzewska śpiewa. Mam też ich zdjęcia w kronice.
Liczne występy wymagały wielu choreografii. Skąd czerpała Pani inspirację?
Liczyła się tylko muzyka i ja ją czułam. Ona mnie inspirowała. Dziewczyny pytały: „Możemy zatańczyć starego niedźwiedzia?” No pewnie, prosiłam tylko o nagrania, wszyscy szukali, ja je przegrywałam i układałam kroki. Tylko musiałam czuć melodię, musiała mi się ona podobać, bo gdy jej nie czułam, to odrzucałam. Sama tańczyłam, zapisywałam kroki, potem uczyłam po kawałku dziewczynki. Tylko zawsze im mówiłam, że jak nauczą się różnych kawałków, to muszą je same pamiętać, bo ja nie umiem na pamięć całego tańca! Nie było wtedy czym tego nagrać. Pierwsze nagrania mam z około 2000 roku, odkąd kupiłam sobie kamerę. I tak uczyłyśmy się tańczyć do piosenek o mamie, o babci, o samolocie, tańczyłyśmy wszystko. Z piłkami, parasolkami, tornistrami, rakietkami, jako koty, smerfy, wszystko się podobało. Dziewczynki zdobywały pierwsze miejsca na konkursach powiatowych czy wojewódzkich, dostały dużo pucharów. Tylko nie wiem, gdzie one są, nie mam ich tutaj.
Czy zakładając zespół pomyślała Pani choć przez chwilę, że rozrośnie się do takiego formatu?
Nie, to miało być takie "na chwilę". Nigdy nie myślałam o jutrze. Jak zobaczyłam, że zaczęły się częste występy, że ludzie chcą oglądać zespół, to dopiero wtedy zaczęłam myśleć, że trzeba podejść do tego przyszłościowo. Że trzeba zrobić coś lepszego, coś wartościowego.
Działalność zespołu pokrzyżowała pandemia, grupa zmniejszyła się do kilku osób. To był trudny moment?
Zespół działał do 2024 r. Jeszcze w 2019 r. startowałyśmy w konkursach, było dużo występów, ale gdy zaczął się COVID-19 to zabroniono nam prowadzić zajęcia. Wcześniej powstała też inna szkoła tańca w Międzyrzecu, która teraz świetnie funkcjonuje i tańczy w niej chyba z 200 dzieci. Powolutku wszystko się wykruszało, ale ja nadal chciałam prowadzić „Sezamki”. Po pandemii przychodziła już garstka dzieci, sześć-siedem dziewczynek, zrobiłam też nabór, występowałyśmy w szkołach, ale już w 2024 r. dyrektor MOK-u powiedział: „Wystarczy”.
Jak przyjęła Pani konieczność postawienia kropki po takim intensywnym kilkudziesięcioletnim etapie życia?
Przez te ostatnie dwa lata nie wiedziałam, co mam robić, bo „Sezamki” to było moje życie. Zostałam sama, bo pochowałam już i rodziców i siostrę, mam tylko brata, własnej rodziny nie założyłam. Już teraz jest łatwiej, ale pierwszy rok był straszny! Żyję wspomnieniami, wciąż mi za mało, choć mam przecież 78 lat. Już nie da się zrobić więcej, a mnie się wydaje, że jeszcze bym coś mogła. Cały czas czuję się, jakbym dopiero zeszła ze sceny z zespołem. W domu mam zdjęcia zespołu na ścianie i ciągle widzę je tańczące. Mam takie poczucie, że już nie muszę się spieszyć, nie muszę myśleć, ale wiem, że trochę dobrego zrobiłam.
Emerytura sportowa nie była tak odczuwalna, a teraz przyszło rzeczywiście zostać prawdziwym emerytem?
Do tej pory prowadziłam przez kilka dni w tygodniu zespół, szyłam, prałam i prasowałam stroje, szykowałam zdjęcia i nagrania, prowadziłam kronikę. Całe dnie i noce poświęciłam „Sezamkom”, prowadziłam go zawsze sama, czasem tylko miałam kogoś do pomocy. Dopiero w 2024 r. poczułam się jak emeryt. Do dzisiaj drukuję zdjęcia, przygotowuję płyty z nagraniami, odwiedzam moje „Sezamki” i przekazuję im pamiątki. Uzupełniam kroniki. Dwa lata już się tak tym zajmuję, cały czas tu przychodzę. Najgorzej, że nie było żadnego zakończenia, to skończyło się tak w jednym momencie, po prostu musiałam powiedzieć dzieciom, że już nie będzie zajęć.
Otrzymała Pani liczne medale i wyróżnienia za swoją działalność. W tym roku tytuł „Honorowego Obywatela Miasta Międzyrzec Podlaski”. To cieszy?
To ma dla mnie mniejsze znaczenie, bo mnie cieszyło najbardziej, gdy zespół tańczył na scenie.
Ostatnim dużym wydarzeniem było 45-lecie zespołu, a przecież powinien świętować też jubileusz 50-lecia?
Nie było naszego zapowiadanego 50-lecia w 2020 r., czego do tej pory żałuję i nie rozumiem. A 45-lecie było takie piękne! Jedna z uczennic wykonała takie ładne drzewo z papieru z serduszkami z imionami wszystkich tancerek, mam je tu do dzisiaj.
***
Jubileusz 50-lecia, którego nie było…
Choć jubileusz zespołu nie odbył się z bliżej nieznanych instruktorce przyczyn, pozostały liczne pamiątki, do dziś niewykorzystane. Na ścianie „garderoby” wiszą liczne kompozycje zdjęciowe opatrzone dumnym tytułem „Sezamki. 50-lecie zespołu tańca artystycznego 1970-2020”, zatrzymane w czasie, w każdej chwili gotowe do publicznego wyeksponowania. Nie brakuje ulotek podsumowujących pięćdziesięciolecie zespołu, płyty z nagraniami z występów z lat, kiedy możliwa stała się amatorska wideorejestracja wykonywana osobiście przez instruktorkę, moment chwały uwiecznia także biały kubeczek z nadrukiem tańczących dzieci. Podziw budzi skrupulatność archiwizacji każdej sztuki odzieży wiszącej na wieszakach w przepastnych szafach, każdej piłki i parasolki wykorzystanej w choreografii, każdego kociego ogonka z bibuły, czerwonego papierowego noska, kokardki czy poszczególnego elementu kaczego przebrania, które zdają się czekać na nowych tancerzy, skryte w małych pudełeczkach. Kroniki pysznią się szczegółowymi wpisami dokumentującymi każde wydarzenie, kolorowymi zdjęciami, laurkami wykonanymi przez „Sezamki” wychwalającymi swoją grupę taneczną i ukochaną panią Hanię, która do dziś z dumą zapełnia kolejne strony, umieszczając na nich informacje dotyczące swoich małych, dziś już dorosłych podopiecznych.
Marzeniem, które nieśmiało wyłaniało się pomiędzy wersami długiej rozmowy z panią Hanią, jest wyeksponowanie wszystkich zgromadzonych pamiątek w publicznym miejscu, gdzieś, gdzie na zatrzymane w kadrze roześmiane „Sezamki”, pozujące dumnie w wyćwiczonych w pocie czoła szpagatach, będzie mogło patrzeć dużo osób, gdzie ktoś z radością wskaże: „To ja!” albo „To moja córka!”. Jak przyznała pani Hania, najbardziej przeraża ją myśl, że zgromadzone pamiątki mogłyby popaść w całkowitą niepamięć.
Małe pomieszczenie, niemal zapomniane, skrywa przecież 50 lat tanecznej przygody dwóch pokoleń.
Dodaj komentarz:
Komentarze zawierające treści powszechnie uznane za obraźliwe lub niecenzuralne zostaną usunięte
Pamięć=tożsamość.
Koniecznie trzeba utwalić tą historię i dzieło pracy p. Hanny oraz tak licznej rzeszy dzieci, które przewinęły się przez te lata przez "Sezamki". Ja też się do tej grupy zaliczam.To część naszej historii życia i miejsca, w którym mieszkamy. Warto utwalić element naszej "małej ojczyzny". W niej wzrastaliśmy.
autor: Agnieszka Łukasik
Bardzo często wracam wspomnieniami do Sezamek, odgrywały duża rolę w moim życiu. Miło jest zobaczyć taki artykuł i siebie na zdjęciach… mam nadzieję że kiedyś dojdzie do Sezamkowego wielkiego spotkania albo tego wyczekiwanego 50 lecia żeby się zobaczyć jeszcze raz, choć kontaktu nie mam.
autor: Była sezamka
Najczęściej czytane
17
Interwencja w Halasach zakończyła karierę policjanta
Policjant z komisariatu w Międzyrzecu Podlaskim straci pracę po kontrowersyjnej interwencji dotyczącej rannego kozła sarny. Zwierzę po potrąceniu przez ciężarówkę konało przy drodze w Halasach, a funkcjonariusz – według ustaleń przełożonych – nie podjął działań, które mogły skrócić jego cierpienie.
Ostatnio komentowane
17
Interwencja w Halasach zakończyła karierę policjanta
Policjant z komisariatu w Międzyrzecu Podlaskim straci pracę po kontrowersyjnej interwencji dotyczącej rannego kozła sarny. Zwierzę po potrąceniu przez ciężarówkę konało przy drodze w Halasach, a funkcjonariusz – według ustaleń przełożonych – nie podjął działań, które mogły skrócić jego cierpienie.
Podobne artykuły:
0
51
Bereza gościła kapele i zespoły śpiewacze
W sobotnie popołudnie dom ludowy w Berezie wypełniły skoczne rytmy muzyki ludowej i biesiadnej, ale też bardziej nostalgicznej, chóralnej, a wszystko to za sprawą licznych kapel i zespołów śpiewaczych, które wzięły udział w przeglądzie obejmującym już swoim zasięgiem dwa powiaty.
3
„Sezamki” wytańczyły Puchar
11 czerwca w miejscowości Ulan-Majorat odbył się Wojewódzki Turniej Zespołów Tanecznych o puchar Marszałka Województwa Lubelskiego. Na parkiecie rywalizowały 63 zespoły tańca współczesnego i nowoczesnego z terenu całego województwa. W kategorii tańca współczesnego III miejsce zajął Zespół Taneczny „Sezamki” prowadzony przez panią Hannę Paluszkiewicz.
3
127
Sala pękała w szwach
Około pół tysiąca osób przybyło w niedzielne popołudnie 9 grudnia do sali Kina Sława, aby podziwiać występy młodych adeptek baletu i tańca w widowisku "Zimowe spotkanie z tańcem". Na scenie wystąpiło ponad 120 dzieci z grup baletowych, tańca współczesnego i sekcji break dance. Tańczyły do układów przygotowanych pod okiem instruktorów Mileny Rzewuskiej i Grzegorza Żyluka, inspirowanych m.in. współczesną ekranizacją "Dziadka do orzechów" i "Opowieścią wigilijną". Taneczne popisy utrzymane w klimacie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia spotkały z entuzjastycznym przyjęciem widowni.