YouTube Facebook fotogalerie
reklama
miasto Międzyrzec Podlaski

Pamiętają o pomordowanych na Kresach

10 lipca 2012 22:36:37
Z inicjatywy rodzin ofiar ludobójstwa na Kresach wschodnich 11 lipca w kościele św. Józefa odprawiona zostanie uroczysta msza święta.

11 lipca przypada 69 rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu w 1943 roku. Historycy szacują, że ofiarami mordów dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich, których kulminacja miała miejsce w lipcu 1943 roku, padło 120-200 tys. Polaków. Obecnie wiele środowisk w Polsce domaga się przyjęcia przez Sejm uchwały w sprawie ustanowienia 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian.

Również w Międzyrzecu jest wiele rodzin, których bliscy zostali pomordowani na Kresach. Stąd inicjatywa, aby 11 lipca o godz. 18 w kościele św. Józefa odprawiona została msza św. w intencji ofiar ludobójstwa. Po nabożeństwie zebrani spotkają się przy pomniku Golgota Wschodu, na parafialnym placu.

Wśród organizatorów tych uroczystości są m.in. działacze Prawa i Sprawiedliwości, NSZZ Solidarność oraz Towarzystwa Przyjaciół Nauk.

Poniżej prezentujemy treść wspomnień Romana Witkowkiego "Tego nie można zapomnieć" - zapis tragicznych wydarzeń, które miały miejsce na Wołyniu w lipcu 1943 roku. Zostały one opublikowane w Roczniku Międzyrzeckim, tom XLI z 2011 r., Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Międzyrzecu Podlaskim. Pierwszy raz międzyrzecczanie mieli okazję wysłuchać fragmentów tego świadectwa na konferencji "Ludobójstwo na Wołyniu", która odbyła się w MOK 10 września 2010 roku.

Roman Witkowski
Tego nie można zapomnieć

Moi rodzice Antoni i Antonina Witkowscy mieszkali w Kupowalcach. Mieli gospodarstwo rolne o powierzchni około 10 hektarów, dom mieszkalny, zabudowania gospodarcze, zwierzęta.

Ojciec był  gospodarzem, ale też cieślą i stolarzem.

Mieszkaliśmy przy drodze na Szeroką, odchodzącej od drogi głównej Horochów – Beresteczko. Naszymi sąsiadami byli Żukowscy, Czarneccy (Józef Czarnecki był naszym krewnym), za nami mieszkała rodzina Jasińskich. Dalej, w stronę Beresteczka mieszkali: Walery Gilewicz, Tadeusz Malinowski, a potem Sawiccy – Franciszek i Stanisław. Niedaleko nas mieszkali: Jan Sawicki, Gąsiorowscy, Ziembiccy, Bolesław Sawicki i Kazimierz Gilewicz. Poprzez dziadków moja rodzina była spokrewniona z Łazowskimi z Lulówki (dziadek) i ze Strutyńskimi z Cechowa (brat babci – Bronisław Strutyński). Babcia miała też brata w Stawiskach, nazywał się Ambroży Strutyński.

W Kupowalcach mieszkała tylko jedna rodzina o nazwisku Witkowscy. Jestem jedynym członkiem tej rodziny, który przeżył tragedię wołyńską.

W dniu napadu miałem 10 lat i 10 miesięcy. Zacząłem chodzić do szkoły jeszcze przed wojną  w roku 1939. Uczyły mnie wtedy panie: Gilewiczowa i Łaszczewska. W czasie wojny najpierw  Sowieci wprowadzili język rosyjski, a potem Niemcy ukraiński. Pamiętam, że nauczycielem był też  przysłany z Druszkopola Ukrainiec – Prysiażnyj.

Wiem, że w Kupowalcach był wtedy budowany kościół, ale nie został ukończony, a składowane materiały (na więźbę dachową), jeszcze wcześniej, przed napadem, zabrał Ukrainiec Hołowa. Wydaje mi się, że był również budowany dom ludowy.

W Kupowalcach powstał też cmentarz, pierwszą pochowaną na nim osobą była mama Aleksandra Sawickiego. 

Napad bandytów ukraińskich w Kupowalcach rozpoczął się po południu 16 lipca 1943 roku. Zawiadomił nas o tym Heniek Łazowski z Lulówki, który przybiegł do Kupowalec i nawoływał do ucieczki. Pamiętam, że Irka Jasińska akurat wygoniła krowy, by je paść na łące. Heniek wołał do niej: ”Irka, uciekaj, bo mordują! Już moi rodzice nie żyją!”  Pobiegli, już ich więcej nie widziałem.

Moi rodzice byli wówczas na łące, składali tam siano, ale w tej sytuacji wrócili szybko do domu. Mój ojciec rozmawiał  z sąsiadem - Janem Żukowskim. Nie wiedzieli, co o tym myśleć, bo wcześniej Ukraińcy mówili, że Polaków, mieszkających w tej miejscowości od dziesiątków czy nawet setek lat, mordować nie będą. Postanowili więc, że pójdą dowiedzieć się, co się dzieje. Udali się w stronę Boroczyc. Koło domu Ukrainki zwanej Kowalichą zostali, wraz z innymi sąsiadami, napadnięci przez bandytów, którzy  egzekucji dokonali w sadzie Kowalichy. Większość zamordowano na miejscu (napadnięci zostali: Jan Żukowski, Antoni Witkowski, Stanisław Konopko, Kazimierz Konopko i najprawdopodobniej Mikołaj Konopko; w tym miejscu zginęło prawdopodobnie 9 osób, pozostali byli krewnymi żony Józefa Konopki).

Ojciec, ranny w szyję, padł jak zabity, był nieprzytomny, ale jeszcze żył. Odzyskał przytomność następnego dnia i dowlókł się do jakiegoś sąsiada Ukraińca, prosząc, by go opatrzył, a ten, podobno, dał mu jakieś brudne szmaty. Potem tato przepłynął rzekę, bo była w tym miejscu niezbyt szeroka, a za nią był już bezpieczniejszy. Tam zaopiekowali się nim Polacy, jednak jego stan był krytyczny z powodu dużego upływu krwi i zakażenia. Został odtransportowany do Horochowa, ale możliwości uratowania życia już nie było i zmarł. 

            Kiedy tato wyszedł, byłem jeszcze w domu. Widziałem, że ludzie biegli na łąki w stronę rzeki. Powiedziałem mamusi: „Ja uciekam!”. Mama naprędce przygotowała mi jakąś odzież, która wziąłem na rękę, pobiegłem. Biegłem szosą w kierunku zabudowań Bronisława Gilewicza, potem skręciłem w prawo, ale koło mnie gwizdały już kule. Skręciłem w podwórko i przez jakąś miedzę dotarłem do stojącego w polu stogu z sianem. Pod nim siedziały dwie kobiety – jedna, jeśli dobrze pamiętam, była to Ukrainka Pograniczna. Kiedy mnie spostrzegła, zaczęła krzyczeć, żebym uciekał, bo jeszcze przyjdą banderowcy i je również zamordują. Dobiegłem do łąk i spostrzegłem, że od strony Haliczan ucieka bardzo dużo ludzi. Ktoś spośród nich miał  mocno zakrwawioną koszulę – był to Franciszek  Wójcicki. Dołączyłem do nich. W tej grupie był też Bronisław Gilewicz z rodziną. Powiedział, że  pójdziemy do olszyny, gdzie rzeka jest najwęższa i może uda się przez nią przedostać. Kiedy tam dotarliśmy, z drugiej strony rzeki wyszedł z lasku na brzeg jakiś człowiek, pewnie ukraiński oficer, w zielonym mundurze, wysokich butach i takiej charakterystycznej wysokiej czapce, obok niego mężczyzna w kombinezonie i jeszcze ktoś trzeci. Ten oficer, widząc tylu ludzi, zaczął krzyczeć, żebyśmy uciekali, bo tu nie ma przejścia. Kiedy udało nam się odskoczyć, wystrzelił w górę czerwoną rakietę (zapewne był to sygnał do niszczenia naszej wsi). A my, zamiast w stronę Boroczyc, zaczęliśmy uciekać w stronę Haliczan. Rósł tam folwarczny owies i w nim się zatrzymaliśmy. Zaraz po tym zobaczyliśmy, że bandyci zaczynają palić Kupowalce.

Z czymś takim nigdy się nie spotkałem – był to przerażający szum impetu rozgrzanego powietrza, połączony z ludzkim krzykiem i odgłosami wystrzałów.

A potem widzieliśmy, jak Ukraińcy rabowali nasze mienie, ładowali wszystko na wozy i wywozili w stronę Szerokiej i Haliczan. Świnie kwiczały, bo Ukraińcy brali je na wozy, słyszeliśmy, jak Ukraińcy i Ukrainki krzyczeli do siebie. A później żadnych zwierząt  błąkających się po Kupowalcach już nie było widać.

Pamiętam łuny i słupy ognia, które nad Kupowalcami utrzymywały się przez całą noc. Tak ginęła nasza miejscowość, z którą związane były lata mojego dzieciństwa. Czego Ukraińcy nie zrabowali – zniszczyli i spalili. Palili domy i budynki gospodarcze nie tylko pomordowanych, ale też  żyjących Polaków i żywy inwentarz, np. u sąsiada Żukowskiego spalili żywcem jego dwa piękne konie.

W okolicznych zbożach ukryło się wtedy sporo mieszkańców Kupowalec. Pamiętam dobrze, że była tam też rodzina Kazimierza Gilewicza, chociaż dla bezpieczeństwa byliśmy w mniejszych grupkach, możliwie daleko od siebie. Wydaje mi się, że w tych zbożach  ukrywaliśmy się niecałe dwa tygodnie.

Napad rozpoczął się w piątek po południu, a chyba w niedzielę starsi zadecydowali, że pójdziemy tam, gdzie mieszkali Maria i Bronisław Gilewiczowie; przez ich podwórko, na którym była jeszcze niezniszczona studnia, przedostaniemy się w wysokie, dorodne zboża. Gilewicz i Jasiński chcieli też zorientować się, czy nie uda się znaleźć czegoś do jedzenia. Kiedy przeszliśmy przez szosę i weszli w te zboża, Bronisław Gilewicz powiedział do swojej żony Marii, że  koło Pogranicznego leżą zamordowani: Antonina Witkowska (moja mama) z dzieckiem (moim pięcioletnim braciszkiem Januszkiem, urodzonym w 1938 roku) oraz stary Sawicki nazywany „Bogaczem”. Wtedy zacząłem bardzo mocno płakać, a pani Gilewiczowa powiedziała: ”Nie płacz, bo się jeszcze rozchorujesz i co my z tobą zrobimy?!”

Pewnego dnia, to chyba była niedziela, kiedy siedzieliśmy w tych zbożach Bronisława Gilewicza, usłyszeliśmy, że turkocze jakiś wóz, który skręcił w prawo na Szeroką. Zaraz potem rozległy się dwa wystrzały. Okazało się, że Ukrainiec zabił wtedy Stanisława Żukowskiego, którego nazywano „Palestyną”. Wcześniej Stanisław wpadł na swoje podwórze i wziął bańkę z mlekiem, niestety, nie była szczelna i pozostał ślad. Dostrzegł to Ukrainiec, poszedł za nim i Stanisława zastrzelił.

Dosyć długo ukrywaliśmy się w tym zbożu, więc nie było już prawie nic do jedzenia. Poza tym zaczęło tam przychodzić błąkające się po okolicy bydło, co groziło zdekonspirowaniem naszego miejsca ukrycia. Starsi zadecydowali więc, że przejdziemy pod Nowe Gniezno, koło gospodarstw Galiców, gdzie po ich wywiezieniu na Sybir mieszkali nasiedleni Ukraińcy. Starsi nawiązali z nimi kontakt i w końcu zamieszkaliśmy w jakiejś stodole. Nie pamiętam, kto był jej aktualnym użytkownikiem, ale na pewno był to Ukrainiec, jego rodzina żywiła nas, kiedy tam przebywaliśmy.

 Krążyła tam pogłoska, że pop w Haliczanach może dać zaświadczenia, że jesteśmy prawosławni, ale nikt nie wierzył, że to może nam pomóc.

Dziś już nie pamiętam, po co poszedłem z Bronisławem Gilewiczem do Sołonynki ( podobno ukraiński  bandyta), prawdopodobnie to on dał memu ojcu brudne szmaty na obandażowanie rany. Z tego spotkania  zapamiętałem baczne spojrzenie Sołonynki, które napełniało mnie strachem i przerażeniem, i smak jajecznicy ze skwarkami, którą zostaliśmy poczęstowani. 

Gdy wracaliśmy do Kupowalec, dostrzegliśmy furmanki jadące od strony Horochowa. Rozpoznaliśmy znajome twarze. Byli to ludzie z samoobrony, którzy szybko rozeszli się po zgliszczach swych gospodarstw, wykopywali, co udało się ocalić (jeśli „sąsiedzi” ich nie uprzedzili).

Wszyscy przygotowywali się do wyjazdu do Horochowa. Usiadłem na wozie i zapłakałem. Podszedł do mnie młody jeszcze mężczyzna i zapytał, dlaczego płaczę. Powiedziałem, że nie mam do kogo wracać. Pocieszył mnie, mówiąc: ”Nie płacz, mam trzech synów, jak będzie trzeba, znajdzie się miejsce i dla ciebie”.

Kiedy dojechałem do Cechowa, zauważyłem, że u  Rajchów i Strutyńskich jest ktoś w domu. Poszedłem do nich i razem pojechaliśmy do Horochowa. Zostałem z Rajchami do kwietnia 1945 roku.

W Horochowie słyszałem, jak Hałas opowiadał o losie swojej rodziny. Historia ta bardzo nami wstrząsnęła, bo wiedzieliśmy, że Hałasowa była w ciąży. Dowiedzieliśmy się, że w czasie ucieczki urodziła dziecko gdzieś w polu i oboje zaraz zostali zamordowani przez Ukraińców. Hałas uciekał ze starszą córką (w wieku mojego brata Januszka), ale, ponieważ gonił go Ukrainiec, wiedział, że nie zdoła uciec, więc odrzucił dziecko gdzieś w bok i sam się uratował. Później, po wojnie, nie mógł sobie tego darować i jak mówił, przez całe życie słyszał głos córeczki: „Tatusiu, nie zostawiaj mnie!”. Przypomniałem sobie, że kiedy siedzieliśmy w tej stodole, Gilewicz i Jasiński przynieśli wiadomość, że pod lipą u  Stanisława Sawickiego (zwanego „Sekretarzem”) zakopane są czyjeś zwłoki, bo spod ziemi wystają jasne włosy.

Wtedy, kiedy to wszystko się działo, nic nie wiedziałem o okolicznościach, w jakich zostali zamordowani  moja mama Antonina i  brat Janusz. Dopiero w roku 1975, kiedy pojechałem po raz pierwszy po wojnie w rodzinne strony, dowiedziałem się o niektórych szczegółach. Zatrzymaliśmy się  koło posesji Józefa Pogranicznego (to rodzina Ukraińców, o których wiedziałem, że niektórzy byli aktywnymi członkami band, ale przed wojną żyli z Polakami w zgodzie), przy drodze Horochów – Beresteczko. Był tam mały kopczyk, najprawdopodobniej mogiła pomordowanych: mojej mamusi, brata i Sawickiego. Zebrało się tam sporo ludzi, pytali, kim jestem. Okazało się, że niektórzy pamiętali rodziny Witkowskich i Łazowskich. Zapytałem Pogranicznego, czy zna rodzinę Witkowskich. Odpowiedział, że tak. Zapytany, co wie o  ich losach, odparł, że Witkowska jest z dziećmi w Polsce, a jej mąż zginął. Kiedy znajomy Ukrainiec, z którym przyjechałem, powiedział, że to młody Witkowski, „przypomniał” sobie, że pochował Witkowską, dziecko i Sawickiego. Znajomy zapytał, w jaki sposób zginęli. Odpowiedział, że zostali przyprowadzeni w to miejsce i rozstrzelani przez dwóch goniących ich bandytów. Pograniczny powiedział mi, że osobiście grzebał moją matkę, brata i Sawickiego.

Nie wszystkie relacje, które słyszałem, były dokładne i zgodne, ale z tego, co mi mówiono, wnioskuję, że mama wraz z Januszkiem i Sawickim uciekali wozem, gdy nagle zaczęły padać strzały. Ukraińcy najpierw trafili i ranili konia. Wtedy wszyscy zeszli z wozu i zaczęli uciekać pieszo. Nie uciekli. Zostali zamordowani przez bandytów.

Pograniczny mówił również, że po wojnie do Kupowalec przyjeżdżały jeszcze przede mną Leokadia Konopko (z d. Gilewicz) oraz Regina Łukaszewska.

W czasie pobytu w Kupowalcach odwiedzałem też Horochów, ale tam wiele śladów polskości było już zatartych, np. zlikwidowano polski cmentarz, na którym prawdopodobnie był pochowany mój tato. Wtedy, w 1975 roku, tam, gdzie stała kaplica, były jeszcze widoczne jej ślady – świeciła wystająca z ziemi czerwona cegła. Kiedy byłem tam niedawno, żadnych takich znaków już nie było.

W Horochowie  zburzono i całkowicie zlikwidowano kościół katolicki, usunięto nawet znajdującą się przed nim figurę  Matki Bożej. Uważam to za zbrodnie przeciw zasadom ludzkiej cywilizacji.

Relacja pochodzi z książki Krzysztofa Gilewicza „Krzyż Wołynia”.

Zachęcamy wszystkich czytelników portalu do zapoznania sie z pełnym opracowaniem z konferencji zamieszczonym w w/w Roczniku Międzyrzeckim. Znajdziemy tam bardziej szczegółową relację z wydarzeń, które miały miejsce na Wołyniu (i nie tylko) w lipcu 1943 r.

REKLAMA
reklama


Konferencja „Ludobójstwo na Wołyniu” (10.09.2010 r)


 
Dodaj swój komentarz:
  • captcha
  • Komentarze zawierające treści powszechnie uznane za obraźliwe lub niecenzuralne zostaną usunięte
    (3 sierpnia 2014 16:11:30) Czy Władysław Radecki z Międzyrzeca to jakaś rodzina ? autor: gość
    (2 sierpnia 2014 18:50:56) radecki jan Moja rodzina pochodzi z boroczyc moj dziadek nazywa sie witold radecki syn jana i leontyny z domu malecka.szukam osob ktore wiedza cos na temat tej rodziny moj nr tel 795415593 prosze o jakiekolwiek informacje autor: radecki robert
    logo male