YouTube Facebook fotogalerie
reklama
Region

W tym roku bez kolędników?

25 grudnia 2020 20:37:57 | autor: Anna Ostapiuk
Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w tradycji obrzędowej ludu międzyrzecczyzny należy do najważniejszych świąt w roku. Dawniej spędzano go tylko w domu, w ściśle rodzinnym gronie, nie chodzono tego dnia w gości, nie odwiedzano znajomych. Za to z niecierpliwością oczekiwano na rozśpiewanych kolędników z psotną kozą, straszliwą śmiercią, szpetnym diabłem, a przede wszystkim z kolorową gwiazdą, której wykonanie było nie lada wyzwaniem. Wspomnieniami o tym, jak powstawał ten świąteczny atrybut podzielił się z nami mieszkaniec gminy Drelów Ryszard Szafrański.

Grupa kolędników z Żerocina, lata współczesne (fot. R. Szafrański)

Przygotowania do kolędowania zaczynaliśmy już na początku października. Każdego dnia po lekcjach, choć nieraz krzyczeli na nas za to rodzice, zbieraliśmy się z kolegami i tworzyliśmy kolejne elementy gwiazdy. Bo taką mieliśmy chęć! Uczyliśmy się też śpiewać kolędy, oczywiście na miarę naszych możliwości – wspomina 55-letni Ryszard Szafrański, mieszkaniec Żerocina, kolędujący z sześcioma kolegami w latach 1973-1980. – Gwiazdę robiliśmy od podstaw sami. Do rzeszota, wzmocniony na krzyż drutem, przyklejony był pergamin, w czterech kawałkach sklejonych klejem kazeinowym używanym w stolarce, do którego miał dostęp mój kolega Stasiek Wieliczko. Jego ojciec był bowiem stolarzem. Ścieg łączący ozdobiony był kolorowymi papierkami i bibułkami. Pergamin należało koniecznie zaimpregnować wcześniej przegotowanym i przestudzonym olejem lnianym. Dzięki temu był nieprzemakalny, a dodatkowo było to zabezpieczenie przed szkodnikami podczas rocznego przechowywania. Do pergaminu przyklejaliśmy obrazki pozyskane z opakowania opłatka.


Gwiazda kolędnicza ziemi międzyrzeckiej, 1972 r. (fot. F. Olesiejuk, Zwyczaje i obrzędy ludu międzyrzecczyzny)

 

- Nasza gwiazda była dwunastoramienna, miała sześć dużych ramion, tzw. rogów, i sześć mniejszych. Zrobione były z wstawionych w otwory w rzeszocie kijków leszczynowych zespolonych na końcu drutem - opowiada Szafrański. - Z czterech stron te ramiona oklejone były również pergaminem. Na ich końcach były frędzelki z bibuły. Gwiazda była umieszczona na specjalnym stelażu kijowym, który pozwalał na jej obracanie. Ważny był trzpień, który wykonywaliśmy z dwóch gałęzi czarnego bzu. Środek gałązek wypalaliśmy rozgrzanym drutem, dzięki czemu jedna gałązka wchodziła w drugą zastępując nam rurki. W środku gwiazdy, w związku z brakiem elektroniki, była umieszczona zwykła świeczka, którą zapalaliśmy za każdym razem wchodząc do kolejnych domów. Jeden z kolegów zawsze odpowiedzialny był za posiadanie zapałek. Często, gdy świeczka się złamała, trzeba ją było ponownie nadtopić i znów była użyteczna. Szanowaliśmy każdy kawałek.

Nieodłącznymi towarzyszami kolędników były postacie turonia i kozy, bez której, jak wspomina z szelmowskim błyskiem w oku żerocinianin, nie byłoby cukierków! - Bo koza służyła nam głównie do łapania cukierków z choinki. Nasza miała drewniany łeb pokryty króliczym futrem, oczy z kasztanów i oryginalne poroże koziołka znalezione w lesie. Pelerynę zrobiliśmy z baraniej skóry. Dolna ruchoma szczęka uzupełniona była elementami z puszki po konserwie. Największą gwiazdą kozy był Lonia, Leszek Olesiejuk, który zawsze zgarniał najwięcej cukierków z choinek. Podchodził do choinki, pociągał w środku za sznurek i chaps! obcięty cukierek wpadał do paszczy. Wśród nas był także diabełek w kolorze czysto czarnym. Na jego przebranie zwinęliśmy babci czarne żałobne poszewki.


Koza kolędnicza (fot. Muzeum Narodowe w Lublinie)

Grupy kolędnicze wędrowały od domu do domu przez pierwszy i drugi dzień świąteczny. Tak wspomina kolędowanie w latach 70-tych Ryszard Szafrański. - Zaczynaliśmy chodzić już w pierwszy dzień świąt, najpierw po Żerocinie, potem była Strzyżówka i Pereszczówka, a kończyliśmy w drugi dzień świąt zawsze odwiedzając miejsce lokalnej zabawy. Jej uczestnicy sami zbierali nam w czapki pieniądze i czekolady przeznaczone na czekoladowy walczyk. Chodziliśmy zazwyczaj do tych domów, w których wiedzieliśmy, że jest najwięcej gości. Byliśmy najbardziej zadowoleni, gdy wrzucali nam duże pięciozłotówki z rybakiem z siecią, trochę mniej gdy była to dwuzłotówka z kratką. Pięciozłotówka była naprawdę dużo warta. Członkowie grupy kolędniczej mieli swoje wyznaczone role. Bardzo ważny był skarbnik, który musiał umieć ładnie mówić, żeby zachęcić gospodarzy do datków i oczywiście odpowiednio podziękować. Ja byłem skarbnikiem dwukrotnie.


Pięciozłotówka z 1974 r. (fot. e-numizmatyk.pl)

Kto z Was kolędował? Podzielcie się z nami swoimi wspomnieniami.

 
Podobne wiadomości:
Dodaj swój komentarz:
  • captcha
  • Komentarze zawierające treści powszechnie uznane za obraźliwe lub niecenzuralne zostaną usunięte
    logo male