YouTube Facebook fotogalerie
reklama
Region Ludzie z pasją

Jesteśmy sumą dokonań własnych przodków

2 grudnia 2020 20:17:45 | autor: Anna Ostapiuk
Samo działanie rodzi się z silnej potrzeby identyfikacji, angażuje emocjonalnie, wyzwala nieznane dotąd pokłady ambicji i cierpliwości. Kolejne poszukiwania i odkrycia ożywiają nie tylko pamięć o przodkach, ale i samą rzeczywistość, w jakiej przyszło im funkcjonować. Historyczna otoczka pozwala więcej zrozumieć, łatwiej zaakceptować trudne wybory, skuteczniej śledzić koleje losów. Odkrywanie własnych korzeni to nie tylko zbieranie suchych faktów, o czym świadczą szerokie zainteresowania mojego rozmówcy, jednego z lokalnych pasjonatów genealogii, 57-letniego Waldemara Bałkowca z Międzyrzeca Podlaskiego.

Waldemar Bałkowiec genealogii poświęca każdą wolną chwilę (fot. archiwum prywatne)

Co sprawiło, że zainteresował się pan genealogią?

Iskrą, od której wszystko się zaczęło, była śmierć mojego taty w maju 2005 r. Dotąd to on był wielką skarbnicą wiedzy rodzinnej. W sytuacji, gdy to ja miałem dać na wypominki, okazało się, że tak naprawdę nic nie wiem o moich przodkach! To był dla mnie taki bodziec. Próbowałem w różny sposób przypominać sobie informacje, poszukiwałem danych wśród najbliższych, pytałem braci, siostry. Dużo mi wtedy pomógł mój brat Marian z Drelowa, razem odwiedzaliśmy rodzinę, zbieraliśmy wspomnienia. Jednak kiedy chciałem tę wiedzę poukładać, okazywało się to niemożliwe. Nie wiadomo było, co jest fikcją literacką, a co prawdą. Pojawiło się pytanie, na ile te ustne przekazy są przebarwione lub niedoszacowane. Nic mi się nie zgadzało, nie potwierdzało. Choć układałem dane według klucza, nie dawał mi on żadnej satysfakcji. A chciałem uporządkować tę wiedzę tak, by każdy następny po mnie również to wszystko zrozumiał, by było to dla każdego czytelne.

Kiedy nastąpił przełom w poszukiwaniach?

Pierwszym krokiem do usystematyzowania mojej wiedzy były szerokie poszukiwania w Internecie. Niestety, początkowo niewiele mi to pomogło. Dopiero kiedy na portalu Międzyrzec.info przeczytałem artykuł, poradnik genealogiczny (⇒ W poszukiwaniu własnych korzeni – przyp. red), dowiedziałem się z niego o istnieniu portalu genealogicznego Lubgens. Lubelskie Korzenie. Od tego momentu zaczęły się wyjaśniać i potwierdzać zdobyte dotąd informacje.

Jaki obszar objął pan swoimi badaniami?

Moją pasją są losy rodziny związanej z Utrówką (obecna gm. Drelów) oraz Nowym Miastem Międzyrzec, którym tak naprawdę mało kto się interesuje, jestem chyba jednym z nielicznych, którzy zajmują się tym tematem. Warto wspomnieć, że na terenie Nowego Miasta był kościół grekokatolicki z należącymi do niego wsiami: Utrówka, Sitno, Rudniki, Stołpno, Wysokie, Żabce, Tuliłów, Tłuściec, Bereza i nieistniejące już Dziaduchy. Właśnie do kościoła pw. Piotra i Pawła przychodzili moi przodkowie. Warto tu wspomnieć osobę księdza Hantykiewicza, którego darzę ogromnym szacunkiem. Jego ród wpisany jest w historię kościoła unickiego. Ten temat jest mi bardzo bliski. Odnalazłem akty urodzenia dzieci kapłana, informacje dotyczące jego żony. Na uwagę zasługuje fakt, że ksiądz Hantykiewcz został aresztowany za sprzeciw wobec rozkazu usunięcia organów ze świątyni.

Dokąd doprowadziły pana gromadzone wspomnienia, archiwalne akty i rodzinne dokumenty?

Moje najstarsze znaleziska pochodzą z 1700 r. To 6-7 pokoleń wstecz. Mnóstwo osób. Przekroczyłem poszukiwaniami granice Polski i „dotarłem” nawet do Kazachstanu. Jan Michalczuk, mój wujek z Zahajek, odnalazł tam swoją ciotkę, a moją cioteczną babkę. Dzięki genealogii w 2019 r. odnalazłem również rodzinę z Gdańska. Poznałem Mariusza Romana, którego dziadek okazał się być bratem mojego dziadka.

Jak kształtowały się losy przodków? Czy to rodowici mieszkańcy Utrówki?

Bałkowcowie pochodzą z Sokołowa Podlaskiego. To byli w większości szewcy i kuśnierze. Szli od pałacu do pałacu i szyli buty. Były drogie, szewców było wielu. Bezcelowe było pozostawanie w Sokołowie, zatem cała rodzina na czele z grekokatolikiem Janem Bałkowcem opuściła tamte rejony. Wcześniej mówiono, że mój pradziadek Jakub, syn Jana, tak jak ojciec i brat również urodził się w Sokołowie, jednak okazało się, że przyszedł na świat w Sławacinku. Można powiedzieć, że Sokołów to nasza miejscowość rodowa.


Na fotografii prababcia Teodora Bałkowiec (żona Jakuba) z córkami

Podczas jednego z tegorocznych pobytów w Sokołowie poczułem, że właśnie tego dnia mam szukać, że mam tu coś do odnalezienia. Od jednego z kolegów po fachu, dowódcy miejscowej straży pożarnej, dowiedziałem się o istnieniu pewnej kaplicy na terenie miasta. Udałem się tam i choć była zamknięta, czułem, że nie mogę odjechać. Po chwili zjawiła się grupa młodzieży z księdzem, który pozwolił mi uczestniczyć w lekcji religii, podczas której opowiedział historię tej kaplicy. Okazało się, że był to pierwszy kościół w Sokołowie, który z czasem stał się zbyt mały. Na miejscu obecnej Konkatedry w Sokołowie wybudowano murowany kościół, który w czasie wojny został zburzony. Natomiast ten mały drewniany kościółek pozostał nienaruszony.  Gdy powstała Konkatedra, kościółek przeniesiono i stał się kaplicą. W ten sposób odnalazłem kościół, w którym moi pradziadkowie brali śluby, chrzcili się. To było dla mnie wielkie przeżycie. Pamiątką jest fotografia z tamtego spotkania.

Proszę opowiedzieć o codziennej pracy genealoga. Czym się pan posługuje, jak wygląda archiwizacja zgromadzonych danych?

Znalazłem w Internecie arkusz genealogiczny, który początkowo pozwolił mi wpisywać ważne dane. Ma dużo rubryk dotyczących wielu osób z wielu pokoleń. Dzięki niemu łatwiej jest wszystko odnaleźć. Arkusz pomaga, ale to wciąż za mało. Przede wszystkim posługuję się programem Excel, w którym robię coś, co określam „rozłożeniem w latach”. Rozpisuję kolejne wydarzenia, np. rok urodzenia konkretnych osób. Tworzę linie, do których dołączam później zdjęcia i dokumenty, co dopiero daje pełny pogląd dla innych. Próbowałem również tworzyć drzewo na portalu MyHeritage, ale zauważyłem, że dużo ludzi pracuje niesolidnie, nie sprawdzają zgodności. Powstają bezsensowne połączenia. Ja wolę własne sposoby, układam wszystko według własnego klucza: tu Demczuki, tu Sidorczuki… Należy przede wszystkim pamiętać, by umieszczać dane na różnych nośnikach, bo awaria komputera potrafi zniszczyć wiele lat pracy. Ja mam to w formie papierowej, w komputerze i na dysku zewnętrznym.

A co w przypadku braku danych online? Jak wygląda wizyta w Archiwum Państwowym?

Archiwum w Radzyniu Podlaskim znajduje się w okolicy mleczarni. Kiedy pojechałem tam i opowiedziałem pani dyrektor co już mam, była pod wrażeniem moich zbiorów. Zaprosiła mnie na spotkania genealogów, na których bywałem raz w miesiącu. Mogłem obserwować pracę innych, ich sposoby poszukiwania. Docenili moje spojrzenie na różne tematy. Z dyrektor Archiwum mam bardzo dobrą relację, chcieliśmy wyjaśnić jeszcze wiele kwestii historycznych, ale plany pokrzyżował nam koronawirus. Obecnie mam jednak jeszcze tyle do odnalezienia w zasobach internetowych, że mam co robić.

Czy łatwo jest odnaleźć dokumenty dotyczące przodków? Czy często się przenosili?

Większość mojej rodziny pochodzi z Utrówki. Z moich doświadczeń genealogicznych wynika, że 90% osób żeniło się we własnej parafii, rzadko dotyczyło to innych terenów. Jak przyglądam się moim rówieśnikom, mojemu pokoleniu, to zauważam, że również utrzymujemy tę starą tradycję parafialną. Ja sam, pochodzący z Utrówki, znalazłem żonę na Stołpnie, czyli w obrębie tej samej parafii. Dlatego zazwyczaj trzeba zacząć od szukania na najbliższym terenie.


Grób pradziadków Jakuba i Teodory Bałkowców pochowanych na cmentarzu parafialnym w Dołdze

W rodzinie siła, to podstawa. Czy ktoś z bliskich również podziela pana pasję?

Genealogia jest zaraźliwa. Kuzynka Edyta ze strony mojej żony również się tym zajęła. Ja pracuję na swojej linii, ona opracowuje ród żony. Ja już w to nie wchodzę, bo nie chcę otwierać otwartych drzwi. Również ze strony Michalczuków te drzwi otworzył już Jan Michalczuk z Żerocina.

A jakie są plany na przyszłość? Może jakaś publikacja rodzinna?

Przyznam się, że tak, mam plany na stworzenie publikacji. Obecnie mam już około 40 kartek, wciąż odnajduję i szykuję materiał dotyczący głównie Nowego Miasta. I nie ma znaczenia, czy uda się to wydać, czy nie, po prostu chcę wszystko usystematyzować. Chcę się zająć tą niszą, a znalazłem też kolegów, których interesuje ten temat. To na przykład Tadeusz Chodźko czy fascynat historii Marek Maleszyk, który dużo mi pomaga.

Jakie ma pan rady dla przyszłych genealogów? Jak przygotować swój umysł i siłę?

Przede wszystkim należy nastawić się na systematyczność i cierpliwość. Jednym zagadnieniem mogę się zajmować nawet miesiąc, ale później nie muszę kilka razy do tego wracać.  Nie można się załamywać pierwszymi niepowodzeniami. I to co już mnie nauczyło: trzeba umieć słuchać ludzi. Słuchać tego, co mówią, ale potem poszukać potwierdzenia tych słów. Bo często jest podobnie, ale jednak inaczej. Choćby taka sytuacja. W pewnym momencie dotarły do mnie informacje, że kościół Piotra i Pawła nie był naszym kościołem parafialnym, że to była tylko kaplica Potockich. Początkowo przyjmowałem to jako pewnik. Zacząłem jednak czytać na ten temat, a wtedy okazało się, że po 200-stu latach od jego powstania, ten drewniany nieremontowany kościół nadawał się do rozbiórki. W 1772-1774 wzniesiono na tym samym miejscu kościół murowany, który stał się parafialnym. Czyli część przekazów się potwierdziła, a część nie. Zawsze trzeba to sprawdzać. Informacja podana ustnie jest ważna, bo jest się o co zaczepić, ale żeby ruszyć dalej, trzeba to potwierdzić. 

_____________________________________________________
Fotografie pochodzą z prywatnego archiwum Wademara Bałkowca

 
Podobne wiadomości:
Dodaj swój komentarz:
  • captcha
  • Komentarze zawierające treści powszechnie uznane za obraźliwe lub niecenzuralne zostaną usunięte
    logo male